TOMB RAIDER: LEGEND
Nie byłem do końca pewien, czy dobrze robię pisząc recenzję gry takiej, jak Tomb Raider. Zastanawiałem się, co o tym tytule myśleć. Do ostatniej lokacji nie potrafiłem wyrazić swej jednoznacznej opinii. Bo jak ogarnąć w jednym tekście fenomen kolosalnej machiny marketingowej z seksowną panią archeolog w roli głównej? Jest to zgoła niemożliwe, tak samo jak postawienie Tomb Raiderowi sprawiedliwej oceny. Ta gra nie mogła przejść bez echa. Legend mogła stać się albo ogromnym zawodem i kolejną nieporadną próbą wskrzeszenia kultu Lary Croft, albo wielkim sukcesem oraz powrotem na tron gier zręcznościowych. O innym wyjściu od samego początku nie mogło być mowy.
Nowy projekt Crystal Dynamics od samego początku nie spotkał się ze zbyt wielkim entuzjazmem ze strony fanów. Po poprzedniej części, która okazała się być całkowitą klapą i jedną wielką kompromitacją, każdy gracz postawił krzyżyk na tej wspaniałej serii. Wielu chciało, by Lara Croft umarła w spokoju, a nie - jak w przypadku Angel of Darkness - przewracała się w grobie. Oczywiste jest więc, że gdy ogłoszono prace nad Legend, większość fanów od razu zmieszała cały pomysł z błotem. Trudno im się zresztą dziwić. Pierwsze przecieki nie napawały optymizmem. Jak zwykle zapowiadany "powrót do korzeni" gryzł się z szumnie ogłaszanymi wspaniałymi innowacjami ulepszającymi rozgrywkę. Nowy wygląd panny Croft również nie przypadł wszystkim do gustu. Szczególnie po pseudo-mrocznym wyglądzie Lary z poprzedniej części. Część fanów miała nadzieję zobaczyć znów tę samą piękną archeolog, odzianą w charakterystyczny strój, lecz ku ich rozczarowaniu otrzymali coś zgoła innego. Brązowa koszulka oraz spodenki, inne buty oraz ciemniej pomalowane oczy i węższe usta nie spodobały się wszystkim. Design głównej bohaterki stał się bardziej realistyczny, lecz programiści za nic w świecie nie zrezygnowali z jej krągłych kształtów, dodając nieco rozkosznego ciała tu i ówdzie, przez co Lara Croft jest tak samo zmysłowa i pociągająca jak zawsze, a mimo to wyglądem o wiele bliższa realnej kobiecie. Nikt do końca nie był pewien czy całość okaże się zmianą na dobre, ale przynajmniej pojawiła się mała iskierka nadziei. Kolejny przeciek to podejście programistów do poziomu trudności. W porównaniu z poprzednimi częściami, Legend miała stać się prostsza, a rozgrywka okraszona większą ilością potyczek z przeciwnikami. Pomysł stał się gwoździem do trumny dla sporej grupy sympatyków Lary. Cała nadzieja odeszła w siną dal, a gracze ponownie wrócili do swoich ciemnych kątów oświetlanych jedynie monitorami komputerów, by męczyć po raz setny poprzednie części. Cała ta sytuacja diametralnie zmieniła się wraz z wydaniem dema. Pierwszy, testowy poziom przerósł najśmielsze oczekiwania pesymistów (optymistów również), zaostrzając im apetyt na więcej... I wkrótce otrzymali tak długo oczekiwaną pełną wersje kolejnej części Tomb Raidera.
Pierwsze, co mnie w grze zszokowało, to wymagane wolne miejsce na twardym dysku. Może jestem zbyt skąpy, ale według mnie obowiązkowe 9 GB wolnego miejsca to lekkie przegięcie. Nie rozumiem na co tyle przestrzeni, skoro sama gra nie jest aż tak rozbudowana. Po instalacji przywitał mnie krótki (ale bardzo fajny, choć ocierający się o kicz) filmik. Następnie błyskawicznie wyłoniło się menu, które może nie porażało wyglądem, ale było na tyle intuicyjne, że nie sposób się w nim pogubić. Pierwsze, co od razu wpadło mi w oczy, to opcje "Croft Manor" i "Extras", czyli to, co zapaleni gracze lubią najbardziej - ukryte dodatki oraz możliwość zwiedzania posiadłości panny Croft. Jest to zdecydowany ukłon w stronę poprzedniczek. Póki co postanowiłem nie zwracać uwagi na przygotowane przez autorów urozmaicenia, od razu przechodząc do głównej części gry. Całość zaczyna się, gdy Lara jest jeszcze dzieckiem. Wraz ze swoją matką przeżywają katastrofę lotniczą rozbijając się nieopodal jakiejś mistycznej świątyni, gdzie znajdują dziwny artefakt. Lara poprzez nieuwagę aktywuje pewien portal, a chwilę potem jej matka znika w tajemniczych okolicznościach. Fabuła zdecydowanie nie jest najwyższych lotów, jednak w miarę postępów w grze staje się coraz bardziej wciągająca i mniej przewidywalna. Po tym krótkim zapoznaniu się z przyczynkiem, nadszedł czas, aby własnoręcznie pokierować krokami pani archeolog.
Od razu dały mi się we znaki różnice w stosunku do poprzednich części. Akrobacje Lary tak dobrze znane z poprzednich części stały się bardziej realne, choć oczywiście, tak jak dawniej, dla głównej bohaterki prawa fizyki to rzecz obca i nie musi się nimi przejmować. Od razu zauważyłem kilka zmian, które zdecydowanie wyszły grze na dobre. Po pierwsze, Lara nie skacze już tak daleko jak kiedyś. Teraz, żeby przeskoczyć ogromną rozpadlinę nie wystarczy tylko dłuższy rozbieg. Bohaterka przy pokonywaniu większych przeszkód używa linki z magnesem, co wydaje się bardziej realistyczne oraz daje więcej frajdy graczowi. Kolejną innowacją jest sposób, w jaki panna Croft chwyta się wszelkich krawędzi. Teraz nie wystarczy skoczyć i chwycić się przeciwległej półki skalnej. Jeżeli skok będzie zbyt niedokładny lub pospiesznie wykonany, Lara może się poślizgnąć lub złapać zbyt nieporadnie, a my mamy tylko ułamki sekund, aby nacisnąć odpowiedni klawisz. W przeciwnym razie nasza archeolog spadnie z krzykiem w przepaść. Jest to bardzo dobry pomysł, zmuszający do błyskawicznego podejmowania decyzji i jeszcze szybszego reagowania. Następnym dodatkiem jest wcześniej już wspomniana linka, pomocna w trudnych sytuacjach. Lara nie tylko chwyta się np. występów skalnych i kołysze na boki, ale może również pociągać dźwignie na odległość czy przyciągać do siebie przedmioty. Linka ta jest dodatkiem, od którego od razu się uzależniłem i muszę przyznać - używa się jej bardzo przyjemnie i intuicyjnie. Inną nowością w stosunku do poprzednich części są przerywniki filmowe, a raczej to, że teraz są zupełnie interaktywne! Wzorem legendarnego Fahrenheita, autorzy wyreżyserowali wiele filmików, w których naciskając odpowiednio pokazane na ekranie klawisze, wykonujemy zapierające dech w piersiach akrobacje, jakich nie bylibyśmy w stanie wykonać podczas normalnej rozgrywki. Ta nowość bardzo urozmaica grę i podnosi poziom adrenaliny podczas pokonywania kolejnych lokacji. Niestety owych fragmentów jest jak na lekarstwo, a dodatkowo (w przeciwieństwie do wspomnianego Fahrenheita) są bardzo łatwe i mamy wręcz zbyt dużo czasu na wciśnięcie odpowiedniego przycisku. Wydaje się, jakby filmowe elementy miały ogromny potencjał, lecz niestety nie został on do końca wykorzystany.
Lara Croft w nowej odsłonie jej przygód nareszcie wyposażyła się dokładniej i zwyczajnie bardziej odpowiednio. W końcu zaopatrzyła się w latarkę (flary na szczęście poszły w niepamięć) oraz lornetkę. Co do drugiej pozycji, to nie jest raczej zbyt potrzebna i przyznam się, że ani razu z niej nie korzystałem. Jeśli chodzi o latarkę - w niektórych miejscach jest niezastąpiona. Kolejnym gadżetem w kolekcji panny Croft jest jej PDA, dzięki któremu ma łączność ze światem oraz dzięki któremu zna cele misji, a także przydatne informacje mogące jej - a co za tym idzie, także nam - pomóc.
Jeśli zaś napisałem Wam, co takiego zmieniło się w ekwipunku Lary, czas na opisanie rozgrywki. Zacznę od walki, bo to w niej zaistniało najwięcej różnic w porównaniu z poprzednią częścią. Twórcy nie ukrywali, że po części wzorowali się na Księciu Persji, co widać podczas samych starć. Oczywiście nie doszło jeszcze do tego, że Lara walczy tak płynnie, efektownie i za pomocą rozbudowanych combosów niczym Książę, ale na każdym kroku widać, że twórcy "pożyczyli" sobie kilka ciekawych patentów. Jednym z nich, a zarazem tym, który najbardziej mnie zaskoczył jest... tryb spowolnienia czasu. W nowej części takie czynności, jak odbicie się w górę od barków przeciwnika i jednoczesne szycie z broni do wszystkich oponentów dookoła zakończone lądowaniem z efektowną gwiazdą nie jest już problemem. Dodatkowo Lara oprócz broni palnej potrafi również sprzedać przeciwnikowi silnego kopniaka, skutecznie uziemiającego co bardziej irytujących oprychów. Do tego dochodzą różne kombinacje, np. kopnięcia w powietrzu, wyskoki w stronę wroga niczym w Max Payne czy pomaganie sobie podczas walki linką. Prócz tego Lara zaopatrzyła się w granaty, które często okazują się niezwykle przydatne. Również nic nie stoi na przeszkodzie, aby podnieść broń po pokonanym przeciwniku.
Jeżeli o samą rozgrywkę chodzi, to na szczęście zupełnie nic się nie zmieniło. Nasza kochana pani archeolog znów penetruje zapomniane świątynie i odludne miejsca zamieszkane dawniej przez zamierzchłe cywilizacje (kolejne nawiązanie do pierwszego Tomb Raidera). Niebezpieczne górskie przełęcze Boliwii, opuszczone ludzi wysuszone słońcem Peru, ogromną stolicę Japonii - Tokio, piękne lasy Ghany położone w zachodniej Afryce, zupełnie inny od poprzedniczek Kazachstan, wiecznie mokre uliczki Anglii czy przepiękny Nepal (a konkretniej monumentalne Himalaje) to miejsca naprawdę warte zobaczenia (zwłaszcza z taką piękną bohaterką w roli głównej). Ciekawym urozmaiceniem podczas zwiedzania są rozmowy prowadzone drogą elektroniczną z Zipem i Alisterem, przyjaciółmi Lary, zawsze służącymi pomocna dłonią. Dialogi są śmieszne, nie nudzą i co najlepsze - chętnie się ich słucha. Dodatkowo podczas przemierzania niektórych lokacji mamy możliwość zasiąść za sterami motocykla, pokonując ogromne połacie terenu w znacznie krótszym czasie. Co do samej jazdy - może jednoślady jeżdżą szybko, może trasy są zaopatrzone w alternatywne drogi, hopki i tym podobne... ale czegoś tu brakuje. Jazda nie jest tak emocjonująca, jakbyśmy sobie tego życzyli. Niby wszystko jest na miejscu, ale po prostu brakuje tutaj miodności. W porównaniu z resztą, wygląda to, jakby cały ten tryb jazdy został dodany na siłę i w pośpiechu. Osobiście traktuje ten dodatek in minus, jako zupełnie niepotrzebny nowej Larze.
No właśnie, Lara. Autorzy najwyraźniej bardzo dobrze przypomnieli sobie poprzednie części, dokładnie przyglądając się głównej bohaterce. Znów mamy przed oczami tą samą niepowtarzalną angielkę z wyrazistym charakterem. Panna Croft co chwila zasypuje nas celnymi ripostami czy zabawnymi uwagami na temat bieżącej sytuacji. Ponownie czujemy, że jest to cyfrowa postać stworzona jednak z mocnym akcentem na charakter, a nie - jak to miało miejsce w poprzednich częściach - pustą kukłą mającą przyciągać graczy swoimi wdziękami. Lara jest wygadana, ma specyficzne podejście do różnych sytuacji i wyraźnie daje do zrozumienia, co obecnie czuje i jakie tłumi w sobie emocje. Wreszcie jest to osoba z uczuciami na tyle realnymi, że możemy się z nią utożsamiać. Nie zatracił też swojej dawnej zawziętości i niezależności. Dalej jest tą samą kobietą do której wzdychają setki graczy na całym świecie. I oczywiście został zachowany jej wspaniały, charakterystyczny angielski akcent. Z resztą postaci nie jest już tak kolorowo, choć są na tyle zróżnicowani i ciekawi, że z chęcią poznajemy ich historię. Niestety, jeżeli chodzi o przeciwników mam wrażenie, jakbym walczył z armią klonów. Co chwila ci sami żołnierze stający bohaterce na drodze, co po kilku misjach robi się już irytujące. Dodatkowo, zdecydowaną większość gry walczymy właśnie z nimi, a egzotyczne oraz drapieżne zwierzęta znane z poprzednich części występują tutaj naprawdę sporadycznie. Skoro jesteśmy już przy przeciwnikach, czas omówić specyficzny ich rodzaj, czyli tak zwanych "bossów", znajdujących się na końcu kolejnych etapów. Autorzy chcieli wprowadzić owych potężniejszych przeciwników zapewne w celu zwiększenia emocji związanych z walką. Niestety, wyszło coś zupełnie odwrotnego. Większość bossów jest nieciekawie zaprojektowana, a aby ich pokonać, zawsze należy znaleźć jakiś wymyślny sposób. Zwykła walka jeden na jednego nie wchodzi tutaj w grę. Co prawda, muszę przyznać, że pojedynki z ogromną hydrą czy japońskim bossem mafii były nawet ciekawe, za to cała reszta... zdecydowanie przeciwnie. To, co miało się stać emocjonującym zwieńczeniem etapu, stało się nudnym obowiązkiem, do którego, plansza po planszy, podchodziłem z coraz większą niechęcią.
Kolejnym elementem wartym omówienia jest grafika. Autorzy postawili na dotarcie do jak największej liczby potencjalnych graczy, przez co Tomb Raider: Legend ma zadziwiająco niskie wymagania sprzętowe, w porównaniu do innych najnowszych produkcji. Porównując granie na najniższych, a najwyższych detalach, mogę śmiało stwierdzić, że pod tym względem jest to zupełnie inna gra. Wszystko wygląda inaczej, lokacje wydają się nie do poznania. Przyznam, że widząc grę na najniższych detalach, nie różniła się prawie niczym od poprzednich, rozpikselowanych produkcji, za to na najwyższych... Cóż, przyjemność z grania stała się nieporównywalnie większa. Wspaniale oświetlone lochy, monumentalne wodospady, błyszczące ostrza wystające ze ścian czy oślepiające światło słoneczne wręcz zapraszały do poznawania następnych lokacji. Dlatego od razu namawiam wszystkich zainteresowanych kupnem tej gry - pomimo tego, że Legend chodzi na znacznie starszym sprzęcie, dla niej warto nabyć nowszą kartę graficzną i pozostałe podzespoły. Chociażby dla niezapomnianych przeżyć w lasach Ghany, które wywarły na mnie ogromne wrażenie.
Odnośnie muzyki - jest dobra, ale nic ponadto. Nie przeszkadza grając sobie w tle, ale zostaje tylko tłem - niczym więcej. A szkoda, bo niektóre utwory brzmiały naprawdę dobrze, ale były to tylko perełki wśród morza podobnych do siebie, zapętlonych sampli. Na zwrócenie uwagi zasługuje również bardzo dobrze działająca fizyka, dzięki której rozgrywka staje się bardziej realistyczna i emocjonująca. Ruszające się na wszystkie strony bloki skalne po których musisz starannie stawiać kroki, dygocące na wszystkie strony belki czy naturalne dźwignie to tylko część atrakcji, jakie przygotowali dla nas twórcy, wprowadzając do gry realną fizykę. Oczywiście za wszystko odpowiada najnowszy Havok. Pomimo, iż środowisko jest w pełni interaktywne pod względem fizyki, to już otoczenie niestety nie. Niezależnie, czy trafiamy w przeciwnika, szkło, drewno czy murowaną ścianę, nie ma co liczyć na jakieś dziury po strzałach. Ponadto zdecydowana większość obiektów jest niezniszczalna, co w dobie gier nastawionych na jak największą interakcję z otoczeniem wydaje się sporym niedociągnięciem.
Tym oto sposobem doszliśmy do najważniejszej cechy gry, czyli grywalności. Pomimo wszystkich wad jakie wymieniłem, pomimo niezbyt wysokiego AI postaci, pomimo niezbyt ciekawie zaprojektowanych walk z bossami, pomimo źle skonstruowanej jazdy na motocyklach i wielu innych wad, gra się naprawdę fenomenalnie, z planszy na planszę ulegając coraz większemu zauroczeniu. Legend naprawdę wciąga i nie odrywa graczaod monitora do ostatniej misji. Może to urok Lary, może to świetnie zaprojektowane lokacje. W każdym razie przyjemność grania w najnowszego Tomb Raidera jest ogromna. Naprawdę nie spodziewałem się tego po tej grze. Najnowsze dziecko Crystal Dynamics przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nowa Lara prostu ma to coś. Posiada tę magię, dzięki której pierwsze części gry podbiły serca graczy na całym świecie. Niestety, muszę tutaj coś napisać o największym minusie tej wspaniałej gry, a dokładniej o jej długości. Jest skandalicznie krótka i pozostawia gracza z niedosytem kolejnych przygód. Sam nie mogłem uwierzyć, że skończyłem tak szybko główny wątek. I nie interesuje mnie tłumaczenie, że obecnie każda gra jest krótka. To nie jest "każda gra"! To jest sam Tomb Raider, taka sytuacja nie powinna więc mieć tutaj miejsca. Na pocieszenie powiem tylko, że przejście gry to jakieś jej 80%, dodatkowe 20% to posiadłość panny Croft oraz inne dodatki, w tym ukryte filmiki czy wymyślne ubrania dla Lary. Marne to pocieszenie, lecz przynajmniej chęć zebrania wszystkich bonusów ukrytych w grze przytrzymuje gracza przed monitorem na dłużej. Co gorsza, po ostatniej planszy mamy więcej pytań niż odpowiedzi, co perfidnie pokazuje, że kontynuacja jest już w drodze. Dla mnie, jak i dla większości graczy jest to jednak wiadomość bardzo dobra.
Podsumowując, pisząc tę recenzję nie boję się powiedzieć, że Legend jest godną kontynuacją historii Lary Croft. Zapewne ogromna część osób z miejsca obrzuci mnie błotem i się nie zgodzi, twierdząc, że ocena nie jest sprawiedliwa. I mają rację. Przy grze takiej jak kolejny Tomb Raider nie można być obiektywnym. W końcu, bądź co bądź, jest to legenda branży komputerowej. A po najnowszej odsłonie jej przygód jasne jest, iż legenda zmartwychwstała w chwale. Machina marketingowa ruszyła ponownie pełną parą, producenci zacierają dłonie a gracze...? Gracze ponownie zrozumieli, że Tomb Raider to nie tylko znana marka, ale i znów świetna gra, która zawojowała swego czasu wszystkie platformy i przymierza się do ponownego zajęcia miejsca najlepszej zręcznościówki. Legend była tylko wprowadzeniem. Szalenie dobrym wprowadzeniem. Fanom nie pozostało nic innego, jak z zapartym tchem czekać na kolejne odsłony cyklu. Na całe szczęście jestem jednym z nich i już się nie mogę doczekać.