AUTA: PRZYGODA W CHŁODNICY GÓRSKIEJ
Przez jakiś czas żyliśmy w przekonaniu, że premiery gier towarzyszących filmowym superprodukcjom są równie wielkim wydarzeniem, jak zakończenie sezonu polowań na kaczki albinosy w Amazonii - słowem, gry powstałe na kanwie kinowych przebojów, jak to upowszechnił pewien magazyn, to zazwyczaj słabe i bezsensowne próby wyciągnięcia od widzów dodatkowych dolarów/euro/złotych (niepotrzebne skreślić), na które nie warto czekać. Stereotyp ten nieco nadwątliły rewelacyjne Kroniki Riddicka, później zaś - bardzo dobry King Kong.
Zupełnie inna sprawa ma się za to z filmami rysunkowymi, których głównymi odbiorcami są dzieci. Trójwymiarowe kreskówki od jakiegoś czasu uzupełniane są przez kolorowe platformówki, idealne dla podatnej na magię ekranu dzieciarni. Te poniżej pewnego poziomu nie schodzą (zazwyczaj, o czym poniżej). I tak zamiast mordować kolejnych bezmózgów w GTA, bądź kroić nazistów z seksowną (hmmm… 7 latki i lateks…) Rayne, dzieciaki wędrowały wespół z Kurczakiem Małym, bądź rozpoczynały odwilż ramię w ramię z zabawnym Wiewiórem. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie niedawny przebój sal kinowych - Auta. Co do filmu wolę zachować powściągliwość i nie wypowiem się, dopóki nie obejrzę, acz gadające samochody i Złote Tłoki przestały mnie pociągać z chwilą gdy przekroczyłem próg podstawówki. Ale… Kto wie, może i ja poczuję bluesa? I tak komputerowe Auta to zabawna gierka, która powinna zadowolić fanów filmu. Przy okazji jednak Awe Games, notabene developer niezłego "I nie było już nikogo", przygotowała nam również Przygody w Chłodnicy Górskiej. Jak nas mój gust to o jedną "przygodę" za dużo. Przygotujcie się, bowiem Zygzak McQueen pokaże wam co to znaczy "przeciętność" i "żałosna próba wyciągnięcia kasy".
No, ale nic, ze stoickim spokojem kupiłem grę nauczony przyjemnymi doświadczeniami z niedawnej Epoki Lodowcowej 2. I co zobaczyłem? Pierwsze wrażenia można streścić krótko: jest dobrze. Gdy nakierujemy na jeden z trzech trybów odzywa się całkiem przyjemnie brzmiący lektor. Potem zaś Przygody w Chłodnicy Górskiej staczają się po równi pochyłej.
Od czego zacząć? Cóż - jeśli lubicie minigry zapewne zainteresuje was pierwszy z trybów, jeśli zaś nie lubicie - zwiewajcie gdzie pieprz rośnie, bo wiele więcej w produkcji nie znajdziecie. W nim oto czeka nas osiem, zakręconych wyzwań. Zygzak (Boże jedyny, co za imię, rodzicie chyba go nie kochali) uczy się tańczyć, czemu towarzyszy prosta gra, w której musimy powtórzyć kombinację, która wyświetla się na ekranie (wystarczy nakierować kursorem na pojawiające się strzałki). Banał. Przy piątym poziomie trudności zaczyna się robić ciekawie, bo, mimo wszystko, Przygody w Chłodnicy Górskiej mogłyby zastąpić godzinę krzyżówek w Domach Starców. Z tych ośmiu minigier aż trzy to takie "pamięciówki", z czego jedna podobna jest do wspomnianego już tańca, zaś druga polega na umieszczaniu na swoim miejscu tarcz, które "spadają ze ściany". Dalej jeszcze mamy wariację na temat jakże klasycznego króla komórek - a więc wężyka oraz łapanie spadających z góry skrzynek. Jeśli pamiętacie takie szare, bazarowe parodie Gameboyów, na których były "wyścigówki" poczujecie się jak w domu. W jednej z misji pokierujemy bowiem policyjnym wozem, który, po prostu, pędzi do góry i omijając przeszkody musi zajechać tuż za pędzącego ponad miarę szaleńca (oczywiście nie pijanego, po prostu zgubiła go nadmierna brawura. Ach, jakże te gry dla dzieci różne są od rzeczywistości…). Jeśli kiedykolwiek graliście na tej piszczącej maszynie - raz dwa skumacie czaczę. Innym razem kierując Zygzakiem skaczemy nad przeszkodami i wymijamy stosy beczek. Pojawia się też prosta przesuwanka. Nic specjalnego, w opisywanej w tym numerze Epoce Lodowcowej 2 minigierki są znacznie ciekawsze i zabawniejsze. Choć może mniej trudne, bo, jak wspominałem, przy piątym poziomie trudności jednak jakieś tam wyzwanie gra stanowi. Cóż jednak z tego, skoro i tak przy, góra, drugiej próbie, zaliczamy zadanie, a jakoś nie miałem motywacji, aby cokolwiek powtarzać… No, może poza niezłym kawałkiem w jednej z misji.
Ogółem - coś tego mało, a wyzwania i tak często się powtarzają. Podobne gry można pobrać całkiem za darmo za pośrednictwem Internetu. Dlaczego więc mamy za tą wątpliwą przyjemność płacić aż takie pieniądze? Aby usprawiedliwić tą nagonkę twórcy upchnęli jeszcze dwa tryby. W jednym McQueen (pani McQueen musiała chyba być nieźle urżnięta zgadzając się na zmianę nazwiska) sunie do przodu, jednocześnie ścigając się z jednym ze znanych ze srebrnego ekranu automobilów. Nasza rola ogranicza się jedynie do wciśnięcia prawego klawisza myszki w chwili, gdy specjalna strzałka przesunie się po widocznym na ekranie kole na zielone pole. Takich wyścigów jest dziesięć i żadnego nie zdarzyło mi się powtarzać, bowiem wszystkie są aż porażająco proste. Ponieważ każdy trwał średnio 13 sekund, łatwo stąd obliczyć, że, razem z pobytem w menu i rozmaitymi "przekierowaniami", przeszedłem tą minigierkę w, góra, trzy minuty. Twórcy nie popisali się również i tutaj, bowiem lokacji które przewijają się w tle jest imponująca ilość… uwaga, chwila napięcia… dwustu? Dwudziestu? Gdzież tam! Otóż dwóch. No, czasem pojawi się jakaś wariacja w rodzaju autostrada w nocy/w południe, ale nie ratuje to sytuacji. Ostatnia deska ratunku, a więc trzeci tryb również nie powala - to program do robienia pocztówek z filmowymi samochodami.
Gra wygląda dobrze. Jeżeli, oczywiście, uznamy ją za tytuł z roku 2000. Dziś na takie brzydactwa nie ma miejsca. Całość jest zbyt uboga, zaś piksele niekiedy boleśnie (jauć!) kłują w oczy. Nieco lepiej wypadają całkiem estetyczne tła. Oczywiście autorzy byli tak zapracowani, że zapomnieli nam dać możliwości zmiany ustawień graficznych, czy, chociażby, rozdzielczości. Biedactwa. Dzięki temu gra pójdzie jednak na sprzęcie sprzed ośmiu lat (poważnie!). Przyzwoicie prezentuje się za to muzyka. Może wśród utworów nie znalazło się nic porywającego, ale jednak "włoski" kawałek sprawił, że nieco się ożywiłem w fotelu i nawet przestałem chrapać.
Przejście tego "arcydzieła" zajmuje godzinę. Niby mamy jakąś tam filmową otoczkę, pojawiają się znane z wielkiego ekranu postaci, które przemawiają zresztą głosem filmowych odpowiedników, ale czy to ratuje sytuację? Nie sądzę. Gra słaba jak piwo na wiecu wyborczym Samoobrony, cienka jak przysłowiowe siki pająka. Pytanie - kto to kupi? Ponoć oryginalne Auta to całkiem niezły tytuł, jednak ja Przygody w Chłodnicy Górskiej wyrzuciłem z dysku szybciej, niż niektórym z was zajmuje mycie zębów. Nie twierdzę, produkt przyniósł mi kilka radosnych chwil, ale za niemal 8 dych, za które mogę kupić Dreamfalla i piątych Herosów wymagam o wiele więcej. Piątka raczej po znajomości za "I nie było już nikogo". Zdecydowanie nie polecam.