ALONE IN THE DARK NEAR DEATH INVESTIGATION
Czy pamiętasz jeszcze czasy, gdy Jagiełło wojował z Ulrichem von Jungingenem (za co Niemcy dokopali nam kilkakrotnie w nogę)? Nie? A może pomnisz, jak Wałęsa krzątał się na obradach Okrągłego Stołu, zaś Kwaśniewski nie był jeszcze siwym tłuścioszkiem? Już cieplej. Może mówi ci coś tytuł Alone In the Dark, który pojawił się w 1992 roku - gdy o Silent Hill i Resident Evil nie słyszała nawet David Harckley? Bingo?
Tytuł doczekał się trzech kontynuacji. Pierwsza trylogia stanowiła mimo pewnych niedociągnięć dzieło sztuki. Choć grafika mogła się momentami wydawać ciut śmieszna (cóż - postawiono na trójwymiar, a jak to wyglądało we wczesnych latach dziewięćdziesiątych lepiej przemilczmy), ponura atmosfera przygniatała z siłą w pełni załadowanego tira! Gra korzystała z dorobku samotnika z Providence, co w sumie już stanowi pewną rekomendację. Tak minął rok, najpiękniejszy jaki znam… No, właściwie kilka lat, seria umarła śmiercią naturalną i dziś pewnie niewielu wspominałoby ją z łezką w oku, ale… Programiści postanowili wskrzesić serię i tak narodziła się "czwórka", która chyba jednak nie powinna się nigdy pojawić. Co tu dużo gadać - miał być hit, a wyszedł przeciętniak, straszący tak słabo i wręcz prymitywnie, że widok mojej mamy bez makijażu wywołuje większe palpitacje serca (choć w zasadzie mało co prosi się o mniejsze). Tym razem jednak szykuje się wielki come back. Tak przynajmniej deklarują twórcy, którzy dwoją się i troją, aby powrócić do korzeni i nawiązać do chlubnych początków.
Ponownie animujemy Edwarda Carnby. Akcja rozgrywa się współcześnie, w samym sercu Wielkiego Jabłka, Central Parku. Okazuje się, że owa oaza zieleni kryje straszliwą tajemnicę. Następną część proponuję osadzić w Puszczy Kampinoskiej, będzie jeszcze ciekawiej. Być może wyda się to absurdalne, ale… Cóż, cała sztuka polega na tym, by przedstawić graczom miejsca im znane w taki sposób, aby poczuli się w nich nienaturalnie obco. I właśnie do tego programiści z Eden Studios zmierzają. Edward prowadzi kolejne dochodzenie, w którym znowu napotka istoty teoretycznie winne stąpać na elizejskich łąkach tamtego świata. Gra ma stawiać na akcję w znacznie większym stopniu niż poprzedniczka. Będą więc pościgi, przejażdżki samochodem, ucieczki, no i walka. Odwiedzimy jednak nie tylko ponure alejki, ale również okoliczne zabudowania, a nawet... zakamarki własnego umysłu.
Co ciekawe - tytuł ma zostać podzielony na odcinki jak serial. Nie, nie chodzi o epizody do pobrania z sieci w stylu serii Sin Episodes, czy nowego Sam & Max. Po prostu każdy etap byłby kilkunasto- lub kilkudziesięciominutowym odcinkiem, po którym wyświetlane jest krótkie podsumowanie i, zapewne, pojawia się możliwość zapisu gry. Sam scenariusz ma mieć właśnie taki nieco filmowy charakter. Dużym atutem będą świetne zaprojektowane poziomy, naładowane Grozą przez duże "G". Raczej nie spowodują jej tabuny wrogów wyskakujące z najdziwniejszych miejsc. Tego typu prymitywizm zastąpi tajemnica, rozbudowana historia, siatka niedomówień oraz niepewność, a więc sprzymierzeńcy każdego horroru.
Gra powstaje równolegle na konsole nowej generacji (poza Wii) i komputery osobiste. Oprawa graficzna prezentuje naprawdę wysoki poziom. Nasz bohater wygląda na zmęczonego życiem, nieogolonego, ale pomysłowego skurczybyka - słowem, zgodnie z ostatnimi trendami (George z Broken Sword 4, Jack z Haze). Same potwory również zaprojektowano z fantazją, choć do Piramidogłowego sporo brakuje. Zobaczymy jak wszystko sprawdzi się w praktyce. Do tego dochodzi najnowszy Havoc i cała masa efektów takich, jak np. realistyczne oświetlenie, o dbałości o mimikę nie wspominając.
Trudno powiedzieć czy seria zostanie wskrzeszona, czy dobita łopatą grabarza, który trupa "Alone in the Dark" odkopał. Na papierze wszystko wygląda ładnie, ale kłopot w tym, że wiemy… niewiele. Być może wkrótce programiści z Eden otworzą usta i wyplują wodę, której nabrali, bo chyba każdy miłośnik komputerowych horrorów bierze ich projekt pod lupę. Pożyjemy, zobaczymy.