Nie będę tracił czasu na wyjaśnienia, czym jest gatunek jRGP.
Każdy (a przynajmniej większość), kto wziął się za czytanie tego
tekstu z całą pewnością zna terminologię sceny i wszelkie
encyklopedyczne definicje są zbędne. Co więcej, pewnie większość z
czytelników jest wielkimi fanami FF (a Ci, którzy jeszcze nie mieli
okazji, może się nimi w końcu staną). W zamian już na sam początek
zaserwuję Wam ciekawostkę. Otóż, jak się okazuje, są przygotowywane
dwie wersję gry - na rynek amerykański i azjatycki. Różnica będzie
polegała na odmiennych bohaterach - i tak gracze z USA dostaną
tajemniczego Conquerora, natomiast w Japonii pokaże się Rush Sykes.
Szkoda tylko, że zapomniano o rynku europejskim. Może w zamian
otrzymamy możliwość samodzielnego wyboru wersji. Nie dowiemy się
jednak tego przed premierą, która wstępnie jest planowana gdzieś w
2008 roku.

Na samym początku, po przejrzeniu skromnych na razie materiałów
promujących grę, najbardziej rzuca się w oczy oprawa graficzna. A
ta, już na dzień dzisiejszy, jest cudowna. Jednym słowem - grafika
stylistycznie przypomina tę znaną z ostatniego Final Fantasy,
jednak pod względem technicznym jest co najmniej dziesięć razy
lepsza. Producent wziął w obroty silnik Unreal 3 i za jego pomocą
stworzył prawdziwy graficzny kombajn. W końcu macza w tym palce
doskonale znany fanom serii FF Yusuke Naora. Źle więc na pewno nie
będzie. W każdym razie tekstury są różnorodne i ciekawe, a
wszystko, co porusza się po ekranie jest ostre jak brzytwa. Żadnej
pikselozy, żadnego ubóstwa - po prostu cud, miód i orzeszki. Dzięki
wykorzystaniu wspomnianego wyżej silniczka po ekranie może hulać
nawet po kilkudziesięciu przeciwników bez żadnego spadku
wydajności. Szykują się ciekawe potyczki i epickie bitwy, ale o tym
później. To wszystko osładza doskonała kamera, która jakby czytała
w myślach gracza. Bardzo dynamicznie zmienia położenie, ale w
żadnym wypadku to nie przeszkadza, a wręcz pomaga w walce i
pokazuje cały bitewny zamęt tak, jakbyśmy oglądali jakąś
wysokobudżetową, filmową produkcję. Bez zaprzeczenia - oprawa
będzie jedną z najlepszych na rynku i z całą pewnością na pewien
czas stanie się wzorem dla innych produkcji.

Pracując nad nową grą, Square Enix stworzyło zupełnie nowe
uniwersum (w końcu wypadałoby). Nowe, ale z pewnością tak samo
ciekawe jak to znane od lat z serii FF (ile razy jeszcze w
zapowiedzi wspomnę o tej grze?). Akcja toczyć się będzie na
malowniczej wyspie Eulam, którą zamieszkują całkiem nowe rasy oraz
stworzenia. W trakcie podróży odwiedzimy olbrzymie miasta, mniejsze
miasteczka i różne wioski. W każdym zobaczymy inną, dostosowaną do
okolicy architekturę. Nieraz będziemy mieli szansę podziwiać
piękne, monumentalne budowle. I nie każde z tych miejsc będą
zamieszkiwać ludzie. Możliwość spotkania zupełnie nowych ras może
wnieść sporą różnorodność do rozgrywki. Dokładniej o tym za chwilę,
teraz jeszcze wspomnę o lokacjach. A tych oprócz miast trochę jest.
Nieraz dane nam będzie przedzierać się przez gęste lasy, ogromne
pustynie czy przeróżne wybrzeża i podziemia. W każdym z tych miejsc
wielokrotnie przyjdzie nam toczyć niezwykle zacięte bitwy z hordami
wrogów.
Tak jak obiecywałem, napiszę teraz parę zdań o podstawowych
rasach, zamieszkujących świeżo stworzony świat. Niestety wiele ich
nie ma, bo zaledwie cztery, lecz podejrzewam, iż zostanie to
nadrobione przez multum przeróżnych stworów i potworów do ubicia.
Wracając do tematu, pierwszą z nowych ras będzie stanowił lud
Mitra. Ot nic nowego. Grupa stworzeń humanoidalnych, najbardziej
przypominająca zwykłych ludzi. Kolejną są Qsiti - jaszczuroludzie.
Jak widzisz, jak dotąd nic nowatorskiego nie ma. Czytaj jednak
dalej, a dopiero się zdziwisz. Interesującą rasę stanowią Sovanni -
stworzenia mające kocie głowy oraz cztery ręce. Dalej jest jeszcze
ciekawiej, bowiem Yama to olbrzymie, przyjazne, acz budzące lęk,
stwory, z wyglądu najbardziej przypominające wielkie, chodzące ryby
(pamiętasz rasę Gunganów z Gwiezdnych Wojen?). Trudno opisać, to
trzeba zobaczyć!

Fabuła The Last Remnant (zresztą sam tytuł wiele mówi) kręci się
wokół kilku/kilkunastu artefaktów, o których, jak to z natury bywa,
wiemy bardzo mało, jeśli nie nic. W każdym razie mają one zdolność
wpływania na swoje atrybuty oraz możliwość zmiany postaci. Nic nie
stoi na przeszkodzie, aby taki artefakt stał się potężnym monstrum
czy zabójczo niebezpieczną bronią. Po raz pierwszy w historii Eulam
pojawiły się około tysiąca lat temu (tzn. przed bieżącymi
wydarzeniami w grze). Za każdym razem sprowadzały nieszczęście na
mieszkańców wyspy, powodując wyniszczające wojny. I teraz do akcji
wkraczają nasi śmiałkowie. Pierwszy z nich - "Odkrywca" - podróżuje
po znanym mu świecie zbierając artefakty i badając ich właściwości.
Przyczyny jego postępowania nie są nam znane na początku zabawy,
jednak z biegiem czasu pewnie zostanie rzucony snop światła na tą
niewiadomą. Z kolei Rush Sykes uczestniczy w jednej z wojen,
starając się jednocześnie odnaleźć zaginioną siostrę. Jak się
możemy domyślać, linia fabularna obydwu bohaterów w pewnym momencie
się połączy i dalsza cześć zabawy będzie toczyła się podobnie dla
obu postaci. W każdym razie czeka nas naprawdę dużo roboty (podobno
aż 30 godzin) zanim poznamy odpowiedzi na wszystkie zagadki
postawione przez twórców. A pytań będzie całkiem sporo. Poczynając
od samej historii lądu, na którym będziemy toczyć walki, poprzez
same artefakty, na tajemnicach skrywanych przez obie grywalne
postaci kończąc. Nie ma jednak żadnych wątpliwości co do poziomu
fabuły. Skoro za produkcje biorą się ludzie odpowiedzialni za FF,
to ciekawą i rozbudowaną przygodę mamy gwarantowaną. Na mur
beton!
Obok fabuły, kolejnym nie mniej ważnym aspektem gry są walki,
których nie może zabraknąć w żadnym szanującym się jRPG. Nie
inaczej będzie i tym razem. A może jednak inaczej... W każdym razie
jeszcze nigdzie indziej nie mogliśmy oglądać tak zrealizowanych
potyczek. Wielki rozmach czuć na każdym kroku. I niech nikt nie
spróbuje temu zaprzeczyć! O czym to ja mówiłem... A! Starć z
wrogimi oddziałami będzie naprawdę dużo, jednak zapomnij o tym, co
znasz z wielu innych "erpegów". Pojedynczego przeciwnika tu nie
uświadczysz. W zamian stoczysz dziesiątki ogromnych bitew. Chciałeś
się poczuć jak Aragorn z wesołą gromadką? Jak król Leonidas
dowodzący trzystoma maszynami do zabijania? Jak Kmicic? Eee... Nie
rozpędzajmy się za bardzo. W każdym razie tu będziesz miał szansę
poczuć się jak wielki wojownik, biorąc udział w czymś naprawdę
dużym (w końcu wszechogarniająca wojna zobowiązuje). Poczujesz
także swoją bezsilność w trakcie bitwy. Pod tym względem The Last
Remnant bije na głowę wszystkie inne konkurencyjne tytuły. Wojna
pełną gębą!

Walki nie toczą się w zwykłym systemie turowym, do którego
przyzwyczaił nas Final Fantasy. Zrezygnowano z niego na korzyść
czasu rzeczywistego. Nie obawiaj się jednak tego, że zginiesz
marnie w całym tym zgiełku nie wiedząc nawet, co się dzieje; twórcy
w zamian dali inny przydatny patent. Tempo akcji w każdej chwili
możemy dowolnie przyśpieszać lub zwalniać, dzięki czemu na
spokojnie można wydać naszym podwładnym komendy lub przygotować się
do wykręcenia miażdżącego combosa. Ciekawostkę stanowi tzw. Quick
Time Event. I wcale nie chodzi o najnowszą wersję popularnego
odtwarzacza, acz o rozbudowane ataki, jakie możemy wyprowadzić
naszym bohaterem. Wystarczy zgrać z czasem konkretne przyciski oraz
rozpocząć całą sekwencję w odpowiednim momencie. Dużą rolę
odgrywają także morale naszych podopiecznych. Jeśli nasz bohater
dobrze sobie radzi, wtedy sojusznicza armia nagle dostaje skrzydeł
i wręcz gromi wszystkich wrogów z pola widzenia. No, ale są też
gorsze strony. Gdy nie wszystko idzie po naszej myśli, może się
okazać, że przeciwnicy zdobyli nagle znaczącą przewagę,
uniemożliwiającą wygranie bieżącej bitwy. Zwłaszcza, że w każdym
momencie do szeregów obu armii mogą dołączyć posiłki. Zapowiadają
się pasjonujące pojedynki.

Ogólnie na około nas wciąż toczy się wojna. I tak naprawdę wpływ
mamy tylko na ludzi z najbliższego otoczenia i tylko im możemy
wydawać rozkazy. Jednak nigdy nie jesteś sam. Kiedy źle się dzieje
i znajdujesz się na skraju życia i śmierci, nieoczekiwanie może
nadejść pomoc w postaci najbliższego wojownika, który swojemu nie
da zginąć. Tak samo ty możesz przybyć z pomocą, kiedy ktoś będzie
jej potrzebował. W tym momencie przydatnym okazuje się radar
ukazujący wrogów oraz przyjaciół. W każdej chwili widzisz, kto
sobie nie radzi, kto potrzebuje pomocy, gdzie jest największe
zagęszczenie parszywych mord do skoszenia. Z pewnością przez cały
czas zabawy będziesz miał roboty po pachy i ani przez chwilę nie
będziesz się nudził, co niewątpliwe stanowi ogromny plus dla tego
tytułu.

Jeśli spojrzymy na wszystko z góry, okazuje się, że o to przed
oczami mamy stary nowy produkt dla fanów gatunku. Stary, albowiem
to wciąż jRPG czerpiący garściami z dorobku innych tytułów.
Natomiast nowy, albowiem w ten skostniały już gatunek tchnięto
odrobinę świeżości, która może zmienić oblicze wszystkich
przyszłych gier. Koniec już z trybem turowym, gdzie nie mieliśmy
praktycznie nic do roboty, a siedzieliśmy tylko przed ekranem
oglądając starcia. Owszem, może i to się sprawdza, ale na domowych
komputerach. Od konsoli oczekuje się zupełnie czego innego. W końcu
wszystko będzie zależało od naszego sprytu, zręczności i refleksu.
Reagowania na zagrożenie w czasie rzeczywistym, a nie zastanawiania
się po kilkanaście minut nad krokiem, który zostanie zrealizowany w
parę sekund. Dzięki temu The Last Remnant zyskał na dynamice
rozgrywki. Square Enix poczyniło ciekawe kroki w rozwoju tego typu
rozrywki. Z jednej strony stary, dobry Final Fantasy XIII w
niezmienionej formie, a z drugiej TLR przynoszący garści świeżych
pomysłów.

W każdym razie nie ma wątpliwości, iż to będzie tytuł wielki,
stanowiący ogromny krok w dziedzinie konsolowych gier RPG. W
dodatku niezwykle grywalny i dający hektolitry doskonałej rozrywki
ściekającej z wielkiego ekranu telewizora LCD. Co prawda zostało
jeszcze sporo czasu do premiery i twórcy w równym stopniu mogą
skrewić jak i wzbogacić swoje najnowsze dziecko. Na szczęście
studio SE jest niezwykle doświadczoną firmą z ludźmi znającymi się
na swojej robocie jak nikt inny. Nie pozostaje nam nic innego, jak
czekać. No i wydać jeszcze przed europejską premierą kupę kasy na
zakup któregoś z next-genów, ogromnej plazmy i wypasionego systemu
nagłaśniającego. Dla tej gry będzie warto! Ja już lecę zaciągnąć
kredyt...
The Last RemnantThe Last RemnantThe
Last RemnantThe Last RemnantThe Last
RemnantThe Last RemnantThe Last
Remnant
Komentarze do wpisu