Windchaser nie jest grą godną spędzenia przy niej choćby godziny, a już w ogóle nie ma mowy o zapamiętywaniu tego tytułu na dzień następny. Niemieckie studio Chimera Entertainment stworzyło swój debiutancki projekt i pewnie więcej o nich nie usłyszymy. Pomysł był w sumie średnich lotów, a wykonanie umieściłbym zdecydowanie o wiele niżej. Właściwie chciałem to od razu zaznaczyć na wstępie, bo po co czytać dalej tekst o grze, której nie polecę nikomu?
Z założenia, Windchaser miał być połączeniem RTS-a i RPG-a, a całość miała być podostrzona wspaniałym, wciągającym światem oraz piękną historią w niego wpisaną. A co wyszło? Marna podróbka Spellforce'a, co zresztą widać nawet na screenach. Co prawda Niemcy wysilili się na jakieś pomysły, jednak albo są one totalnie zbędne i nic niewnoszące (podróżowanie statkiem) albo źle przemyślane i pokręcone (style walki). Nawet nie wiadomo z której strony ugryźć takie cudactwo, więc może zacznę od fabuły - powinna pójść gładko.
Świat zaprezentowany to coś jakby połączenie fantasy z przyszłościową technologią (magia i latające statki). Mamy tutaj - a jakże - bohatera, młodego, pięknego Ioana. Nie jest on nikim szczególnym - ot, jakiś rolnik z zapadłem dziury. Ale nocami Ioan marzy o wojowaniu ze złem, do czego zresztą się urodził, bo później okazuje się, że posiada wielką moc. Poznajemy go, gdy postanawia skończyć z nudnym życiem i udaje się do miasta, aby dołączyć do jednej z istniejących w świecie gry gildii. Po drodze ratuje jednak pewną dziwaczną parę z opałów, a oni w zamian przyjmują go do załogi swojego statku, którego nazwę znajdziemy w tytule. Od teraz wszystko się zmienia, jego świat wywraca się do góry nogami itp.
W ogólnym założeniu rozgrywka próbuje przypominać tę znaną ze Spellforce'a, jednak całość pełna jest licznych uproszczeń. Nie spotkamy tutaj budowania budynków czy rozgałęzionych drzewek rozwoju, jedyna baza jaką mamy to nasz statek (lewitujący nad ziemią, swoją drogą). Również armie, którymi toczymy boje są o wiele mniejsze, właściwie ograniczają się przeważnie do kilku jednostek (bohaterowie i bezimienni wojownicy). Jednostki możemy ulepszać na pokładzie statku, jednak większość misji przejść można bez zwracania na to większej uwagi. Bohaterowie też się podobno jakoś tam rozwijają, ale nie jest to nic fascynującego - zwykły level up dający nam więcej życia i zadawanych obrażeń.
Można powiedzieć, że kluczowym elementem zabawy jest możliwość korzystania z trzech stylów walki. Każdemu bohaterowi możemy przełączać te tryby tak, by dopasować je do tego, co dzieje się na polu bitwy. Do stylów przypisane są umiejętności, które możemy aktywować, więc np. chcąc użyć umiejętności X, musimy przełączyć postać na styl Y. Sensu w tym za wiele nie ma, ale tak sobie twórcy wymyślili, to biedni recenzenci muszą się z tym męczyć. Cały ten system nie jest ani ciekawy, ani przydatny podczas rozgrywki, co najwyżej może nieco zirytować.
Grafika i optymalizacja gry to jedne z największych zgrzytów. Chwila zabawy i już miałem w głowie myśli samobójcze. Dobra, wiem, budżet studia za wielki nie był, to ich debiutancki projekt, jasne. Ale czemu to musi tak działać? Na niskich ustawieniach gra momentami potrafi BARDZO chrupnąć, a wygląda przy tym jak produkcja sprzed ładnych paru lat. Modele postaci, ich animacje, elementy otoczenia, tekstury, wszystko to prezentuje bardzo niski poziom. Całość totalnie pogrążą jakość oprawy audio - nie żeby udźwiękowienie było jakieś tragiczne, bo w sumie nie jest przesadnie źle, ale dystrybutor zdecydował się na pełne spolszczenie produkcji. Efekt? Przesadzone, tragicznie dobrane głosy. Lektor (w tym przypadku nasz fabularny wróg) czytający podczas wczytywania oklepane kwestie po prostu zrzuca z nóg. Ma on oczywiście cyfrowo obniżony głos, co każe nam zakopać płytę z grą jeszcze głębiej po jej spaleniu.
Niestety, ale Windchaser nie jest pozycją godną polecenia komukolwiek. Żadni tam okazjonalni gracze, tudzież dzieci nie pograją sobie w produkt Niemców z przyjemnością. Słaba optymalizacja kodu, totalny kicz wymieszany ze sztampowością i marna oprawa czynią pozycję niemal niegrywalną. Wydaje się, że co najmniej połowa pieniędzy studia poszła na zabezpieczenia witające nas przed każdym uruchomieniem gry. Nie będę jednak w okresie świątecznym taki brutalny i przyznam - grać się w to DA. Pozostaje jednak pytanie - po co? Jest milion lepszych gier na świecie, w tym także takie, które łączą strategię i RPG. Poza tym, zawsze można przecież spędzić czas przy nieśmiertelnym Spellforce, czy to części pierwszej, czy to przy drugiej…


Komentarze do wpisu