Biały blues już dawno wyrósł jako główny przedstawiciel tego tradycyjnie czarnego gatunku. Gov't Mule pochodzi z nieco bocznej linii legendarnego The Allman Brothers Band i szybko odnalazł się na rynku - na tyle szybko, że dziś Warren Haynes to jeden z najbardziej rozpoznawalnych bluesmanów. W Stanach.
Przypuszczam, że nawet dla lepiej zorientowanego słuchacza z kraju nad Wisłą, tak jak dla mnie zresztą, By A Thread była pierwszą płytą tegoż zespołu, jaką przesłuchali. To nie to, że Polacy bluesa nie lubią, bo murzynów oglądać mogą tylko na pocztówkach i w telewizji, a muzyka ta kojarzy się przecież z niewolnictwem i Nowym Orleanem. Zresztą, żeby daleko nie szukać, Tadeusza Nalepę zna niemal każdy. Ale to jednak Ameryka zostanie największą sceną bluesa i tam urodzą się, będą grać a następnie umrą w blasku sławy tacy muzycy, których nazwiska w tej części globu będą mówić tyle, co nic.
Po The Blues Brothers i fenomenalnym Jonnym Langu, którzy, jak mniemam, są jako tako (ci pierwsi na pewno) rozpoznawalni w Polsce, przyszedł czas najwyższy na kolejną lekcję bluesa. Od 1994 roku, czyli od czasu założenia, Gov't Mule wydało dziewięć płyt, wliczając w to już By a Thread. Ten wspaniały miks blues rocka i southern rocka zasługuje na to, by być docenionym.
Właściwie co oznacza to połączenie gatunków? Przede wszystkim spodziewać należy się dość brudnego bluesa, z wyraźnymi wpływami z gatunku southern - co dobitnie pokazuje zaproszony gość, gitarzysta ZZ Top. I mimo iż gatunkowo Gov't Mule oscyluje między tymi dwoma, to nie brakuje innych elementów, które gdzieś tam przewijają się na płycie. Pod przykrywką z wielkim napisem BLUES kryje się tak naprawdę wiele motywów muzycznych i pomysłów wziętych ze wszystkich zakątków.
Czy to działa? Jak najbardziej. Płyta jest po prostu świetna. Sądzę, że dla przeciętnego polskiego słuchacza będzie to także dość innowacyjne podejście i chociażby z tego powodu płyta zasługuje na chwilę uwagi. Głos Hayensa idealnie pasuje do tego typu muzyki, kiedy potrzeba jest nieco brudny, tak jak riff, a zaraz potem delikatny i melodyjny. Tak samo jak kompozycje - czasami słychać niemal czysty southern rock, by zaraz czysto przejść w typowy, gitarowy blues. Do tego wyraźna linia basu w pierwszym przypadku uwidocznia podział. W ogóle bas zasługiwałby na osobny akapit, jest bowiem wprost idealny, ale tego raczej powinno się posłuchać.
Jedna z najlepszych płyt w tym roku, bez wątpienia. A że każdy czas jest dobry na poszerzenie horyzontów muzycznych, zachęcam wszystkich do wybrania się do dużej_sieci_księgarń_i_nie_tylko, by nabyć krążek.

Komentarze do wpisu